Dzień siódmy
Nie wiedzieliśmy, jaka będzie pogoda, więc zwlekaliśmy z decyzją, gdzie jechać: czy do Australian Reptile Park i na Central Coast (gdzie mieszka rodzina chłopaka mojej siostry), czy do centrum handlowego i wieczorem dojechać na wybrzeże (miało padać). Pojechaliśmy w końcu do Parku, który leży ok. 40 min drogi na północ od Sydney. Sama brama wjazdowa, z wielkim gadem niczym dinozaur sugerowała, co znajdziemy w środku ;) Zaczęliśmy znowu od karmienia kangurów, które skakały wolno między ludźmi. Spryciarze wiedzieli, że jedzenie pochodzi z papierowej torby i zamiast do ręki, dobierali się wprost do niej ;) Mojego brata kangur ciągnął za koszulkę, żeby ten się nie guzdrał, tylko od razu dał mu całe żarcie, jakie ma :p

Po chwili udaliśmy się na pokaz gadów: pan pokazywał nam aligatorzycę, pytona (którego dotykałam, a brat zrobił sobie z nim zdjęcie), małego krokodyla i kameleona. Pokaz okraszony był interesującymi ciekawostkami na temat zwierzaków. Na przykład pyton wykorzystywany w pokazie od małego był przyzwyczajany do ludzi, więc nie traktuje ich jak pokarmu. Natomiast gady umieszczane stricte w terrarium widzą człowieka tylko w sytuacji, gdy podaje się im jedzenie, więc logika jest prosta: człowiek=jedzenie => atakuj.
 |
Gustowny szaliczek |
 |
Uhm, a tu się pani wyślizgnęła aligatorzyca. |
Potem poszliśmy na pogadankę o diabłach tasmańskich: te drapieżne maluchy są zagrożone, rakiem twarzy. Nie ma na niego leku ani szczepionki.
 |
Diabeł tasmański |
Potem miał miejsce spacer 60-letniego, ogromnego żółwia. Zwierzęta z tego gatunku mogą żyć 150-200 lat, ale tak naprawdę to są szacunkowe dane i przekona się o tym kolejna generacja. Mogłam dotknąć jego skorupy (była jak skała!) i porozmawiać z pracownikami.
Potem przespacerowaliśmy się po parku: widzieliśmy psy Dingo, koalę (w tym z maluchem!), która wydawała dźwięki jak dzika świnia :p Oczywiście nie zabrakło też aligatorów, krokodyli i ptaków (w tym kazuarów, znanych Wam z zoo w Sydney). Uczestniczyliśmy także w pogadance o koalach, po której mogłam tego uroczego misia pogłaskać :) Nie wiem, czy o tym pisałam, ale misiaki mają dwa kciuki w łapkach, żeby lepiej trzymać się drzew. Gdy mają 10-12 miesięcy, muszą się usamodzielnić, bo mamuśka wyrzuca je z gniazda (tzn. z drzewa). Znajdują wtedy inną akację, na której "tańczą", wydając dzikie dźwięki i w ten sposób "znaczą" terytorium :)
Innymi ciekawymi zwierzakami były Platypusy (dziobak), które pływały w akwarium. Naszą wizytę zakończyliśmy w terrarium z pająkami i gadami oraz płazami (nie był to najprzyjemniejszy element wycieczki :p).
Udaliśmy się w dalszą drogę na Shelly Beach, która znajduje się na Central Coast. Zakwaterowaliśmy się w domku letniskowym i poszłam na krótki shopping do Coles'a, a następnie mieliśmy wolne popołudnie. Na kolację udaliśmy się do golf clubu (gdzie skanowano dowody osobiste przed wejściem, chyba że miało się kartę klienta, którą mogą mieć tylko mieszkańcy danej miejscowości). Poszliśmy przed posiłkiem do sali z maszynami hazardowymi i przewaliliśmy 5$ ;) Szczerze? NUDA! Stoi się i naciska przycisk. Ludzie tak tracą pensje, domy, cały majątek. Nie bardzo to rozumiem, ale taka jest rzeczywistość. Potem wyszliśmy na pola golfowe, z których roztaczał się piękny widok na ciemną toń (klub jest na wzniesieniu). Słuchaliśmy szumu oceanu i oddychaliśmy pełną piersią :)
Przyszedł czas na jedzenie! Zamówiłam grillowaną rybę barramundi z pieczonymi ziemniakami i sałatką cezar, mój brat wziął ostrygi, a siostra z chłopakiem frytki, sałatę i smażone owoce morza. Ostryga była okej, ale dla mnie bez szału - w konsystencji trochę jak nieścięte białko jajka :p Ryba była przepyszna: struktura podobna do dorsza, ale nie miała takiego silnego aromatu, za którym nie przepadam (jak to mówię: "nie waliła rybą" :p). Sałatka Cezar nie opływała w sosie, co niewątpliwie było plusem, ale odwdzięczyła się dużą ilością bekonu (czy cokolwiek to było), który wygrzebałam, bo, pomijając kwestie zdrowotne, po prostu go nie lubię. Owoce morza (krewetki, surimi i kalmary) były także smaczne, choć panierki nie żałowano :) Posłuchaliśmy trochę muzyki na żywo i wróciliśmy do "cabin" (domku letniskowego).
 |
Ostrygi |
 |
Barramundi |
Dzień ósmy
Piękny, słoneczny i ciepły poranek na Shelly Beach postanowiłam uczcić biegiem wzdłuż brzegu plaży. Było przed 7 rano, słonko nieśmiało ogrzewało, a ocean nabrał pięknego, błękitnego koloru. Fale muskały żółty piasek, a skrzeczące Lorikeets wtórowały Cockatoos :) Nie byłam jedyną, która ten dzień rozpoczęła na plaży: wiele osób stało z kawą i podziwiało bezkres. Wbiegłam na wzniesienie, gdzie znajdował się golf club (co przypłaciłam naciągnięciem więzadła w kolanie, a z bólem nadal się borykam od czasu do czasu) i odpłynęłam. Widok hipnotyzował, a człowiek zatapiał się w czasie i przestrzeni. Nie wiem, ile tak stałam, ale potem wróciłam do domku z bananem na twarzy ;)
Plany były luźne: poszliśmy na spacer specjalnie wytyczonym szlakiem wzdłuż wybrzeża na Crackneck i do kolejnego punktu widokowego, gdzie znajdowała się latarnia morska (Wyrrabalong). Temperatura była naprawdę wysoka. Wędrówka wiodła nieco pod górę, ale dość łagodnie. Po drodze podziwialiśmy Kukabary i Lorikeets, a ja nieomal dostałam zawału serca, jak na drogę wyskoczyła mi ogroooooomna jaszczurka. Naprawdę była duża! :D
 |
Straszny jaszczur! |
 |
Lorikeet |
Dotarliśmy na Crackneck, skąd rozpościerała się piękna panorama na Bateau Bay, Shelly Beach i Towoon Bay. Dalej szlak wiódł wśród niskopiennej roślinności, a potem ostro pod górę, po schodach. Osiągnęliśmy wysokość latarni i znowu mogliśmy cieszyć się widokiem oceanu.
 |
Widok z Crackneck |
Droga powrotna minęła szybko. Mieliśmy wolne popołudnie, więc poszliśmy z bratem na plażę. Odpuściłam sobie kąpiel, a bratu temperatura była niestraszna. Następnie udaliśmy się na rodzinnego grilla, który nieco różni się od naszego polskiego. Przede wszystkim, niewiele grilluje się warzyw, a mięso kupuje się po prostu zamarynowane w sklepie (w Polsce wciąż jednak szykujemy sami te szaszłyki, karkówki czy ziemniaki). Używa się grilla gazowego, a nie na węgiel. W każdym razie, jedzenie było smaczne - a z racji faktu, że była to rodzinna biesiada, zrozumiałe jest, że nie robiłam zdjęć ;)
Dzień dziewiąty
Nie będę się zanadto rozpisywać. Brat obudził mnie o 4 rano z bólem brzucha, więc wylądował w szpitalu - z atakiem kolki żółciowej. Długo tam nie pobył. Po jego wyjściu, pojechaliśmy do The Entrance, gdzie dorwała nas ulewa, więc wróciliśmy na Shelly Beach i zjedliśmy obiadokolację w Clubie drużyny rugby - Tigers - w której grał chłopak mojej siostry :) Ponownie trzeba było mieć przy sobie dowód. Zamówiłam łososia w sosie Sweet Chilli z ryżem jaśminowym i warzywami, który bardzo mi smakował. Ponieważ dzień był pełen emocji, na spokojnie wróciliśmy na ostatnią noc do domku letniskowego.
Dzień dziesiąty
Rano opuściliśmy Shelly Beach i po pożegnaniu z rodziną chłopaka siostry, pojechaliśmy do The Entrance. Przywitało nas słonko, więc pospacerowaliśmy po miasteczku, zaliczając okoliczne sklepy. Następnie wróciliśmy do Sydney. Był to dzień Halloween.
Żeby móc poobserwować obchodzenie tego święta w Australii (które nie jest celebrowane na taką skalę jak w USA), poszłam na spacer po osiedlu, na którym mieszka moja siostra. Widziałam wiele ciekawych dekoracji i miałam niemałą frajdę z robienia zdjęć :) Spotkałam także grupę dzieciaków, przebranych w Halloweenowe stroje, które chodziły od domu do domu, zbierając słodycze.
Co ciekawe - zawitają tylko do tych domów, które są w jakiś sposób przystrojone. Jeśli brak jest oznak Halloweenowych - oznacza to, że właściciele nie obchodzą tego święta, więc po prostu nie zawraca im się głowy :) W jednym z domów widziałam przebraną właścicielkę za czarownicę niczym Angelina Jolie w Maleficent, więc zapytałam, czy mogę zrobić zdjęcie. Chętnie się zgodziła, a następnie... zaprosiła mnie na cukierka! :D Śmiałam się potem siostrze, że chyba wyglądałam jak wiedźma i mogę zbierać słodycze bez kostiumu xD Nie powiem, bardzo to było miłe doświadczenie.
 |
Od tej pani dostałam cukierka. Nie, nie miałam zamiaru zrobić jej psikusa! |
Tak zakończyło się poniedziałkowe święto - w kolejnych dniach już nie opuszczaliśmy Sydney. Ale o tym w następnej, już ostatniej relacji :)