niedziela, 20 listopada 2016

"Smakując Australię" - relacja z podróży do Australii (cz. II)




Dzień drugi 
Ponownie udaliśmy się na spacer po Sydney. Zaczęliśmy od historycznej dzielnicy The Rocks, która powstała tuż po przybyciu do Australii Arthura Phillipa wraz z pierwszą ekspedycją osadniczą. Znajdziemy tutaj wiele starych pubów (zwanymi "Hotel"). Poszliśmy do pubu The Glenmore, z dachu którego rozpościerał się niezwykły widok na City - czyli centrum Sydney. 
The Rocks
Widzieliśmy także pomnik pierwszych osadników (The Settler's Monument) - wykonany w skale (zdaje się, że z piaskowca). Następnie poszliśmy pod Harbour Bridge - i ponownie widoki zapierały dech w piersiach. Miasto położone jest nad zatoką, dlatego połączenie wody i nowoczesnej architektury niezwykle mnie zachwycało. Zawsze gdzieś "w tle" była Opera (Sydney Opera House), której zdjęć mam chyba 100 :)

Settler's Monument

Pod Harbour Bridge

Poszliśmy wzdłuż wybrzeża w kierunku wspomnianej Opery, którą obeszliśmy dookoła, a za którą zaczęły się Royal Botanic Gardens.


W ogrodach znajdziemy mnóstwo różnych roślin: znajduje się tam las w stylu azjatyckim (z bambusowym gajem), mini oczko wodne, ogród ziołowy, różany, z kannami... Dużo osób uprawia tam sport czy korzysta ze słońca, wylegując się na trawie. Jest to także miejsce spotkań towarzyskich (znajduje się tam kawiarnia oraz restauracja). My udaliśmy się karmić cockatoos. Muszę przyznać, że się ich bałam (generalnie boję się ptaków), zwłaszcza jak zaczęły na nas siadać. Okazały się jednak niegroźne i milusie, a lęk przerodził się w szczerą przyjaźń :) Gdybyście kiedyś mieli okazję karmić te ptaki (nie dzikie, bo te nie wdadzą się z Wami w taką zażyłość, jak te w ogrodach), to polecam wziąć ze sobą duuuużą ilość ziaren słonecznika :)





Wyszliśmy od strony The Domain i przeszliśmy w kierunku St. Marie of the Cross Cathedral - neogotyckiej katolickiej katedry. Bardzo przypominała mi kościoły w Londynie :) 


Znaleźliśmy także akcent polski - pomnik św. Jana Pawła II. 
Po drugiej stronie ulicy od katedry znajduje się Hyde Park wraz z dziwną fontanną, wykonaną chyba z brązu. Szybko przezeń przeszliśmy (a szkoda, bo odbywał się tam festiwal kuchni azjatyckiej i naprawdę ślicznie pachniało!), udając się w kierunku Market Street, a następnie po szybkich zakupach w Woolworths - pojechaliśmy do domu.

Dzień trzeci
Ponieważ moja siostra musiała pójść do pracy, cały dzień szaleliśmy z bratem sami :) Ale najpierw pojechaliśmy z siostrą do North Sydney (gdzie pracuje) i zjedliśmy śniadanie na plaży - z widokiem na zatokę, Harbour Bridge, City i Operę. Na szybko przyszykowane kanapki (z chlebem "pełnoziarnistym"*, górą warzyw, wędliną i awokado), a do tego w boxie mango i papaja - z kubkiem herbaty (i kawy w przypadku mojej siostry), w świetnym towarzystwie smakowały wybornie :) 

Po śniadaniu, podjechaliśmy pociągiem dwie stacje na Wynyard i skierowaliśmy swoje kroki w kierunku Darling Harbour. Przygodę zaczęliśmy od Sealife, czyli oceanarium. Na początku musieliśmy zapozować do zdjęć przed pracownikiem tej atrakcji - przyjmując durne pozy typu "Teraz surfujecie na wysokiej fali" - by móc je zakupić za szalone 30$ (90 zł - za 3 zdjęcia, gdzie wyglądamy jak idioci i jesteśmy wycięci tak słabo, że chyba dziecko w podstawówce lepiej by to zrobiło :P), czego nie uczyniliśmy. 

 Nasza przygoda rozpoczęła się od sali, w której przypomniano nam praprzodków obecnych ryb i ssaków morskich - dinozaury :) W mini akwariach pływały także meduzy (podświetlane różnokolorowym światłem), a w większym - dziwne ryby przydenne. Słaba jestem jeśli chodzi o botanikę, więc nie będę rzucać nazwami :) Najbardziej wredną z ryb, którą zapamiętałam, była Stonefish - nazwa prawdopodobnie pochodzi od jej wyglądu (przypomina bowiem porośnięty kamień), a na dodatek łatwo przez to na nią nadepnąć, co niestety kończy się wizytą w szpitalu - w najlepszym wypadku, bo niestety ukłucie jest śmiertelne dla człowieka.


Manat

W wielu akwariach można było zobaczyć także koralowce, rozgwiazdy, krewetki, małe żółwie, kraby... A wędrując podwodnymi tunelami, nad głową przepływały nam gigantyczne płaszczki (których tępy wyraz twarzy przyprawiał mnie i siostrę o ataki śmiechu :D), rekiny, ławice ryb oraz manat! To niesamowite, móc zobaczyć z bliska podwójne szczęki rekina! Na końcu czekała nas małe edukacyjne stanowisko, na którym można było dotknąć rozgwiazdę (oczekiwałam konsystencji żelki, a była o wiele twardsza - ciężko mi to do czegoś porównać... twardość kojarzy mi się jedynie z wężem :P) oraz podziwiać ogromne akwarium z Dory i Nemo, czyli Pokolce Królewskie oraz Błazenki.

Dalej udaliśmy się do sąsiedniego Wildlife - czyli zoo. Na wstępie ponownie musieliśmy pozować do durnych zdjęć, których i tak nie chcieliśmy kupić. Znowuż, ogrom gatunków zwierząt, jakie były do zobaczenia, przyprawiał mnie o zawrót głowy i nie sposób wszystkich wymienić :D 
Kangur
Oczywiście, standardowo, widziałam kangury, wallaby (czyli gatunek spokrewniony z kangurami - takie mniejsze kangury - które można znaleźć tylko w Australii i Oceanii), koale (pierwszy raz!), a także strusie Emu, kazuary (rodzaj strusia, który mnie osobiście przeraża i kojarzy się z parkiem jurajskim - gdy człowiek się do nich za bardzo zbliży i zwierzę będzie czuć się zagrożone, to potrafi zaatakować, kopiąc swoimi ogromnymi pazurami w brzuch lub - ku uciesze panów - jeszcze niżej; odnotowano jeden śmiertelny wypadek), wiele papug, gadów, płazów... 
Kazuar
Ciekawe było pomieszczenie z latającymi wolno motylami - siadały na nas i nic się nie bały! Miały niezwykłe wzory i kolory, a ich wielkość była pokaźna. Niestety, wystawa z krokodylami była w trakcie rearanżacji, więc nici wyszły z oglądania tych wielkich gadów.
Motyl, z którym przeszłam kilka ładnych metrów ;)

Śpiący koala - w parkach potrafią spać po 20 godzin dziennie (nie muszą walczyć o jedzenie), na wolności - 8 godzin na dobę
Następnie rozdzieliliśmy się z bratem - ja poszłam sama do Chinese Garden of Friendship i docelowo mieliśmy się spotkać przy wejściu na wieżę widokową w centrum handlowym Westfield na Market Street. Jak dojść do ogrodu? Z Darling Harbour kierujemy się w stronę IMAXa, którego obchodzimy z prawej strony. Następnie w lewo, przez Darling Quarter, a ogrody znajdą się po naszej prawej stronie. 

Wejście kosztuje 6$. Poleca się, by zwiedzać je zgodnie z ruchem wskazówek zegara, ale szczerze - ciężko jest obrać sobie jedną trasę. Gdy dochodzimy do jakiegoś punktu nagle okazuje się, że jest jakaś ścieżka, o której wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Niemniej jednak, w środku ogrodu znajduje się stawik z liliami wodnymi i pomarańczowymi rybami. Obudowany jest pawilonami w typowo chińskim stylu. Nad oczkiem pochylają się rozłożyste wierzby, a u jego początku dominuje świątynia na lekkim wzniesieniu skalnym, porośniętym niskopienną roślinnością. 

Wszystko sprawia wrażenie bardzo harmonijnej i spójnej całości, mocno kojącej. Przyznam, że jako osoba zorganizowana lubię mieć wytyczoną, jasną i klarowną ścieżkę do przejścia - tutaj trasę można było formować dowolnie. Z jednej strony daje to poczucie wytchnienia - "W końcu w pędzie życia masz czas na samodzielne decydowanie" - z drugiej czułam się niepewnie (choć miałam mapę ze sobą i wiedziałam, że się nie zgubię - ogród jest dość mały) i cały czas mam wrażenie, że jakaś jego część pozostała nieodkryta. Piękna roślinność rewelacyjnie komponowała się z wieżowcami City w tle - naprawdę miło wspominam ten ogród i gorąco polecam go odwiedzić.

Po wizycie w Chinese Garden of Friendship wróciłam z powrotem na Darling Harbour i udałam się w górę Market Street do najwyższego punktu Sydney - Tower Eye. Ponieważ kupiliśmy pakiet 5 atrakcji za bodajże 65$ (wejście do Sealife, Wildlife, Manly Sealife, Madame Tussauds oraz Sydney Tower), nie musieliśmy stać w kolejce po bilety. Na początku mogliśmy obejrzeć film 4D pięknymi widokami Sydney, a następnie windą wjechaliśmy na taras widokowy, z którego można podziwiać panoramę miasta. Widać ocean, Operę, zatokę, Harbour Bridge, okoliczne wieżowce... Chciałabym zobaczyć miasto o zachodzie słońca z tego punktu, ale tak czy siak - było nieziemsko!


Gdy już sfotografowaliśmy całe Sydney wzdłuż i wszerz, zjechaliśmy na 5 piętro centrum handlowego Westfield, gdzie mieści się Food Court. Tak, tak, będzie jedzonko!

THR1VE
Spośród fastfoodowych, włoskich, burgerowych, azjatyckich knajp wybrałam... tę zdrową :) Mowa o Thr1ve. Oferują posiłki bez cukru i glutenu, a na ich stronie, oprócz menu, możecie znaleźć także wartość kaloryczną potraw oraz poszczególnych składników posiłku (możecie go skonstruować dowolnie!). Macie do wyboru także koktajle oraz kawy i herbaty. 

Ja zdecydowałam się na Clean&Green (Tasmański łosoś w sosie Teriyaki serwowany na rukoli wraz z pieczoną papryką oraz brokułami posypanymi migdałami) z dodatkową porcją brązowego i dzikiego ryżu oraz herbatę kokosową, a brat na Zeus Bowl (colesław zrobiony z jarmużu wraz z szarpaną wołowiną, sosem BBQ, jajkiem oraz batatami) i zwykłą, czarną herbatę. Moja micha była pyszna - idealnie przyprawiony, grillowany łosoś, lekko chrupiące brokuły i intensywny aromat pieczonej papryki świetnie ze sobą współgrały. Brat natomiast nie był zbytnio usatysfakcjonowany - "colesław bez sosu?" oraz "ble, słodkie ziemniaki" sprawiły, że konsumpcja skończyła się pozostawieniem batatów i odrobiny surówki. Ale to człowiek nienawykły do zdrowego jedzenia :D Ja szczerze polecam (odpowiednik naszego Lifemotiv) - tym bardziej, że cenowo wypada to świetnie (w porównaniu ze zwykłymi restauracjami) - za naszą dójkę zapłaciliśmy 37$.
Menu THR1VE - kliknij, żeby powiększyć
Po lunchu, wróciliśmy na North Sydney do pracy siostry i udaliśmy się do domu. 

Co Wam się najbardziej podoba z opisanych wyżej atrakcji?
______________________________
*Pieczywo w Australii nie przypomina naszego - bardzo ciężko tam o typowy chleb na zakwasie. Nie ma tam po prostu takiej tradycji. 95% chleba to bochenki typu tostowego - nawet jeśli są "Wholegrain", "Wholewheat", "Wholemeal" - i tak to są lekko słodkie, napompowane drożdżowe buły :) Dlatego po dwóch tygodniach spędzonych na Antypodach, z utęsknieniem spałaszowałam chleb żytni razowy na zakwasie - mniam!

25 komentarzy:

  1. Jak tam pięknie... cudownie a Chinese Garden of Friendship wyglada jak z bajki... dosłownie jak w raju... zobaczyć tak cudowne miejsca na własne oczy to ogromne przeżycie... ja po takich wrażeniach to chyba nie mogłabym spać :D W oceanarium również pięknie i te papużki ♥ Cudowny wyjazd ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Chinese Garden bardzo mi się podobało i mogłabym tam siedzieć godzinami :)
      Cieszę się, że podoba Ci się Australia!

      Usuń
    2. ZIemia jest piękna - każdy jej zakątek ma swoje uroki i czar... magię ;)

      PS Był listonosz? :)

      Usuń
    3. Był, był, dziękuję bardzo za miłą przesyłkę :) Tylko nie było mnie w domu - będę dopiero 8 grudnia :(

      Usuń
    4. Uf... Już myślałam, że nie doszło.. Ulżyło :) Dziękować nie musisz - przyjemność po mojej stronie :) Cieszę się, że doszło :) Będziesz miała niespodziankę :) Miałam wysłać co innego ale padło na co innego - jestem ciekawa czy próbowałaś ;)

      Usuń
  2. Wszystko! Australia intryguje mnie już od tak dawna ! Fantastyczna wyprawa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że kiedyś tam polecisz! :)

      Usuń
  3. Kolejny wpis potwierdzający cudowność Australii :)
    Z koalami, wallabami i kanngurami zapewne bym się polubiła, ale ten kopiący struś brzmi groźnie :D
    A śniadanie jedzone na plaży - przy takich widokach - musiało smakować wspaniale, nawet jeśli chleb był nie do końca wholegrain :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten kopiący struś mnie przeraża i kojarzy mi się z Parkiem Jurajskim :D
      Masz rację - nawet w takiej chwili mi nie przeszkadzało, że pieczywo było tostowe :D

      Usuń
  4. Aaaa,ty juz wiesz ze czekałam :** No i sie doczekałam-jak fajne jest to wszystko czytać! :D Co mi sie spodobało?Kurcze wszystko!Nawet żarełko :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że Ci się podobało! :*

      Usuń
  5. Jaka intensywna relacja :) Cudowny miałaś wyjazd. Zdjęcia wspaniałe, chce się patrzeć:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale tam jest pięknie! No i te papugi <3 Zawsze chciałam nakarmić jedną :D Zazdroszczę, bo widoki cudowne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza w słońcu Sydney wygląda pięknie :D Obyś miała kiedyś taką możliwość karmienia - super sprawa!

      Usuń
  7. Fajce to karmienie cockatoos :D A wizyty w oceanarium zazdroszczę, na pewno super przeżycie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cockatoos to chyba jedna z czołowych przygód, jakie miałam w Australii :D Chociaż ciężko mi wybrać najlepszą atrakcję.

      Usuń
  8. Widzę, że nie próżnowaliście i czas spędzaliście bardzo intensywnie. Suuuper! Chciałabym się wybrać do takiego ogrodu. Pewnie też bałabym się cockatoos, ale wyglądają na dość przyjazne.
    Za to kangura na żywo nie widziałam nigdy. To właśnie ich bym się bała, bo w internecie widziałam już mnóstwo filmików "bitew kangurów" ;)
    A dania ze zdrowej knajpy wyglądają ciekawie.
    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy dzień spośród 14 był zaplanowany dość intensywnie - nie chcieliśmy marnować ani chwili, bo taka wyprawa nie zdarza się często :)
      Tak, kangurów też się bałam (chociaż chyba bardziej, że mi wygryzą w ręce ranę - siostra mówiła, żebym je karmiła, podając pokarm na wyprostowanej dłoni, bo inaczej mogą ugryźć), ale okazały się niegroźne i także milusińskie (o czym w następnym wpisie :)).

      Usuń
  9. Wszystko mi się podoba ! Tam jest cudownie i chętnie odbyłabym taką podróż :) najbardziej spodobały mi się ogrody i to miejsce, gdzie można zamówić takie pyszne i zdrowe posiłki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tych ogrodach wiele osób odpoczywa i spędza wolny czas (lub np. lunche - nie tylko tam jedzą, ale także uprawiają sport w trakcie pracy). W takim otoczeniu to sama przyjemność :)
      Mnie najbardziej urzekł fakt, że te zdrowe posiłki wypadły duuużo taniej niż w zwykłej restauracji (pomijam KFC, McDonald's i inne sieciówki, które mają konkurencyjne ceny) :) A przy okazji bardzo smaczne.

      Usuń
  10. Kangur i żółw wymiatają! Ale nie ma pandy....................................
    Super, że jedzonko smakowało a brat, no cóż. Nasz też pewnie by wybrzydzał :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie, pandy nigdzie nie widziałam :((( Ale kiedyś zobaczę w Chinach! :P
      Faceci chyba tak mają :D

      Usuń
  11. Nawet nie wiesz, jak Ci zazdroszczę takiej podróży! Australia na zdjęciach jest cudowna ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę zatem, żebyś mogła zobaczyć ją na własne oczy! :)

      Usuń