piątek, 11 listopada 2016

"Smakując Australię" - relacja z podróży do Australii (cz. 1)


Dopóki nie musiałam spakować walizki, nie mogłam uwierzyć, że lecę do Australii. Było to dla mnie jak lot w kosmos - niby ludzie latają, ale jest to coś poza możliwościami przeciętnego człowieka. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o to, że wszyscy są biedni, a ja jestem super, bo odbyłam taką podróż... Chodzi mi o to, że jest to coś poza naszą codzienną rutyną. W każdym razie, niewiele miałam do powiedzenia - mój brat zakupił bilety, siostra zapewniła nocleg, program zwiedzania, jedzenie i całą tę otoczkę :)
Leciałam liniami Qatar Airways z Warszawy, przesiadkę miałam w Doha. Lot do Kataru zajął ok. 6 godzin, tam 4 godziny przesiadki i do Sydney - 13 godzin. Pierwszy lot jeszcze jako-tako zniosłam, podczas drugiego nogi wchodziły mi w tyłek od siedzenia, więc jak mogłam, to wstawałam i stałam w wyjściu ewakuacyjnym, próbując je rozprostować. Jeśli chodzi o posiłki, miałam opcję Low-Fat - podczas pierwszego lotu zaserwowano mi łososia z ryżem i odrobiną brokuła oraz marchewki, do tego owoce (melon, ananas) i sałatka a'la caprese. Jako przekąska do wyboru Twix (mały) lub małe chipsy. Podczas drugiego lotu były 3 posiłki i przekąska: najpierw ryba w sosie pomidorowym z czerwonym ryżem (standardowo owoce, bułeczka mała), potem pierożek drożdżowy z kurczakiem oraz muffina, a na "śniadanie" (wg czasu katarskiego, bo w Sydney już było późnie popołudnie) dziwne coś: jakby jajecznica z falafelem zatopione w sosie pomidorowym :D Do tego owoce, jogurt. Jako przekąska oczywiście Twix i Lays (wzięłam ponownie Twixa, tata będzie miał uciechę ;)), do tego dostępne soki.
Lotnisko w Doha (Katar)
Przestroga dla udających się do Australii: nie można wwozić ze sobą jedzenia, elementów pochodzenia roślinnego (drzewa, liści, itp.), przypraw ziarnistych (gałka muszkatołowa) - chociaż tu także są odstępstwa. W samolocie wypełniacie kartę, gdzie zaznaczanie odpowiednie pozycje, jeśli dane produkty wwozicie (ja miałam dla siostry prezent od matki chrzestnej - drewnianą tabliczkę z napisami o miłości, marzeniach i innych takich), a na lotnisku strażnik weryfikuje, czy daną rzecz możecie wwieźć. Słodycze (czekoladę Pierrota, Baryłki oraz bombonierkę Wedla) oraz rozdrobnione przyprawy (np. do ziemniaków) wwieźliśmy bez problemu, a jeśli chodzi o tabliczkę - strażnik popatrzył i nie robił problemu ;) Skąd takie restrykcje? W celu ochrony tamtejszej flory i fauny. W orzechach, przyprawach, drzewie można przewieźć niechcący larwy różnych małych istot i choć nam wydaje się to niegroźne - dla tamtejszego ekosystemu może okazać się zabójcze.
W Sydney wylądowałam o 19 lokalnego czasu, więc w drodze powrotnej do siostry miałam okazję podziwiać miasto nocą, które - nie ukrywam - niezmiernie mi się spodobało :) Czułam się jak w amerykańskim filmie, jechałam Harbour Bridge, podziwiając rozświetlone wieżowce, Operę oraz stado nietoperzy latających wokół wież mostu.

Dzień pierwszy
Z rodzeństwem - w tle Pacific Jewel
Jet lag mnie zbytnio nie powalił, bo nie spałam podczas lotu (prócz godzinnej drzemki) - w sumie 36 godzin. Niemniej jednak byłam trochę zmęczona. Musiałam wstać o 7 rano, bo jechaliśmy na statek - cruiser (siostra pracuje w firmie, zajmującej się organizowaniem wycieczek wielkimi okrętami niczym Titanic), który nazywał się "Pacific Jewel". Zwiedzaliśmy luksusowy statek, a kolega siostry załatwił nam wejście na mostek kapitański - czyli centrum dowodzenia całym statkiem. Poznaliśmy kapitana - Włocha, Francesco - oraz jedliśmy lunch.
Mostek kapitański
Kasyno na statku - hazard to najpopularniejsza rozrywka w Australii
W tle - Harbour Bridge - to na nim odbywa się najsłynniejszy na świecie pokaz fajerwerków w Sylwestra
 Można było jeść, ile się chciało i wybierać spośród różnych kuchni: Azjatyckiej, hinduskiej, meksykańskiej, fish&chips, baru kanapkowego, do tego stoisko z łakociami oraz bardziej rodzimymi stekami i... "polish style cauliflower" czyli kalafiorem z bułką tartą :) Wypróbowałam indyjski gulasz z cieciorką i dynią, do tego kuskus z korzennymi przyprawami, a także "chicken masala". Do tego były smażone, naleśnikowate placki, których konsumpcję sobie odpuściłam. Cieciorkowe danie było niezwykle smaczne i mam zamiar je odtworzyć w domu (zakupiłam nawet dynię :)), a jeśli mi wyjdzie, to podzielę się z Wami przepisem.
Jedna z kawiarni na statku

Jadłam także zupę Tom Yum (była smaczna, pikantna i lekko słono-słodko-kwaśna, chociaż siostra stwierdziła, że jadła lepszą), smażony ryż z jajkiem oraz stir fry z indykiem. Od brata spróbowałam stir fry z wieprzowiną i makaronem ryżowym. Na deser wzięliśmy melony (honey melon i rockmelon) oraz przekładańca z ciasta biszkoptowego z bitą śmietaną i odrobiną kwaskowatego, owocowego dżemu. Wszystko było bardzo smaczne i aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia :(
Widok na Sydney (City) ze statku

Następnie udaliśmy się na spacer po Sydney. Siostra pokazała nam historyczne budynki, jak Queen Victoria Building (w którym mieści się centrum handlowe) oraz The Strand (również pasaż ze sklepami).
Queen Victoria Building
Town Hall
Weszliśmy także do sklepu Lindta na Martin Place, gdzie kilka lat temu miał miejsce zamach terrorystyczny. Udałam się także nieopodal do sklepu IGA - nie chciałam stamtąd wyjść, a oczy miałam jak pięć złotych :P Widziałam mnóstwo Quest barów, Cliff barów, słodyczy od Gullón, a także szeroki wybór różnych maseł orzechowych - sklepy spożywcze omówię w osobnym wpisie :)
Nasz spacer obejmował także Town Hall (czyli ratusz) i George Street, która jest odpowiednikiem londyńskiej Oxford Street (znajduje się na niej wiele sklepów typu Prada, Chanel, Hugo Boss...). 

Brama wejściowa na China Town
 Poszliśmy też wtedy na China Town, które pełne jest azjatyckich sklepów i restauracji (nie zapomnę nigdy widoku różnych dziwnych, suszonych mięs czy skór do jedzenia oraz wyławiania owoców morza z akwarium tuż przed przyrządzeniem - nie mogłam na to patrzeć, więc podczas gdy rodzeństwo podziwiało to i owo, ja wolałam popatrzeć sobie na otaczających mnie ludzi).
Odwiedziliśmy także Paddy's Market - targowisko ze wszystkim. Znajdziemy tam kosmetyki, pamiątki z Australii (made in China, oczywiście :D), kostiumy na Halloween, etui na telefony oraz jedzenie (bok choy, selery, młode brokuły, różna zielenina, gruszki chińskie, mango, papaja...). Kupiliśmy papaję, mango oraz gruszki nashi i na tym zakończyliśmy nasze sobotnie zwiedzanie :)
Paddy's Market - Bok Choy i inna zielenina ;)

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i razem ze mną chętnie dalej będziecie zwiedzać Nową Południową Walię :)

33 komentarze:

  1. Dziękuję Ci za ten wpis i tak cudowną wycieczkę ale szkoda, że tak krótko :P Czekam na kolejną część :)
    Bardzo, bardzo cieszę się, że udało Ci się wyjechać i zobaczyć tyle wspaniałych miejsc, poznać nową kulturę, zwyczaje, potrawy.. To wspomnienia na całe życie... przyjemnie bedzie powspominać zwłaszcza jak upłyną lata, posiwieje włos, na nosie pojawia się okulary a w koło Ciebie zaczną ganiać wnuki :D Będzie o czym opowiadać :)

    Ta jajecznica z falafelem zatopione w sosie pomidorowym - brzmi intrygująco :P Słyszałam, ze do samolotu nie można zabierać niektórych rzeczy i produktów spożywczych... Gdzieś czytałam, że nie można zabierać hummusu...

    Ten statek to rzeczywiście niczym Titanic i jedzenie smaczne :D Pięknie tam w Sidney, cudowna architektura, widoki, ludzie... Fajnie jest poznawać świat, jego kulturę, kuchnię, tradycje... miło jest spróbować tradycyjnej kuchni z danego regionu a nie w polskiej wersji przygotowanej w naszym domu lub jakimś barze/restauracji.. to jednak co innego i inaczej smakuje ;) Ja to z wrażenia chyba spać po nocach bym nie mogła ;P A powiedz mi.. miałaś problem z przestawieniem sie na tamtejszy czas? :)

    PS Odpisałam Ci na e-maila? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dopiero jeden dzień, a spędziłam tam całe dwa tygodnie :) Materiału jest dużo, ale nie chcę robić z tego elaboratu :P
      Mam nadzieję, że nie dopadnie mnie demencja starcza :D Ale tak, taka zasada generalnie mi przyświeca - inwestuj we wspomnienia, a nie w rzeczy :) Kultura materialna przemija, a doświadczenia i wspomnienia pozostają.

      O hummusie nic nie wiem, ale możliwe, że jest traktowany jako ciesz (rzecz płynna) - można do bagażu podręcznego wziąć jedynie 100 ml cieczy (więc wszelka woda odpada - chyba że kupiona po kontroli, czyli w strefie bezcłowej - ale np. na lotnisku w Doha w Katarze jest dodatkowa kontrola bezpieczeństwa przy wejściu do samolotu i jak kupiłam z bratem wodę w strefie bezcłowej, to musieliśmy ją wypić lub wyrzucić - idiotyzm).

      Pierwszy dzień był ciężki, tak jak pisałam - byłam trochę śpiąca po tylu godzinach na nogach. Drugiego dnia także troszkę chciało mi się spać, ale nie dużo. Dzięki temu, że wchodząc w Polsce do samolotu przestawiłam w telefonie zegarek na czas australijski wiedziałam, kiedy mogę spać, a kiedy nie - i od razu się przestawiłam. Przez pierwsze dwie noce budziłam się w nocy, ale potem zasypiałam od razu. Więc generalnie nie miałam problemu. Tak samo z powrotem - wchodząc w Sydney do samolotu przestawiłam zegarek na czas polski. Też byłam ponad 24 godziny na nogach, ale przespałam się od 19 do 23.30 czasu polskiego (piątek) i potem byłam już na nogach do 20 czasu polskiego w sobotę, kiedy to poszłam spać. Myślę, że to najlepsza metoda :)

      Tak, widziałam maila, ale nie miałam jeszcze czasu odczytać i odpowiedzieć :)

      Usuń
    2. Jeden dzień i tyle wrażeń. To jak Ty spałaś po nocach? :D Osobiście nie mam nic przeciwko, gdyby na blogu pojawiło się kilka takich postów - z wielką przyjemnością i zainteresowaniem przeczytam :) Rewelacyjnie to opisujesz - mam wrażenie jakbym po części tam była :)
      Demencja Ci nie grozi - dbasz o siebie, swoje zdrowie... pamięc jak ta lala ;) Wspomnienia to chyba jeden z największych skarób, które posiada człowiek, dlatego prowadze pamiętniki :) Może nie podróżuje ale w moim życiu tak jak w każdym są chwile o których warto pamiętać - mimo iż nosimy je w sercu czasem mogą nam wylecieć z pamięci (obowiązki, problemy.. przez nie czasem zapominamy o pewnych sprawach).

      Ja to co noc budze się w nocy, więc zmiana czasu nie miałaby na mnie wpływu :P Nawet jak się zmienia czas z zmimowego na letni i odwrotnie to nie mam żandego problemu - nie musze się przestawiać a moi rodzice owszem. Ciekawe, czy miałabym z tym problem w Australii :) A jak człowiek zmęczony to często od razu zcicna go z nóg i zasypia twardym snem, ale czasem dochodzą jeszcze emocje :)

      O hummusie pisała kiedyś jakaś dziewczyna, że jej wyrzucili ;/

      Australia to piękny kraj - przyjemnie byłoby sobie tam pospacerować, pojeździć rowerem, pozwiedzać, spróbować cos z lokalnej kuchni, poznać nowe smaki, wegetariańską, wegańską kuchnie ale też połazić po sklepach :) JUż nie mogę doczekać się kolejnego postu i cieszę się na samą myśl o nim :)

      Usuń
    3. Masz rację z tymi drobnymi rzeczami - niby mamy je w pamięci, ale ulegają zatarciu w wyniku starcia z rzeczywistością. Nie prowadzę pamiętnika, ale fajnie byłoby wrócić do niektórych momentów :)

      Cieszę się, że Ci się tak podoba i mam nadzieję, że kolejne wpisy także przypadną Ci do gustu :)

      Usuń
    4. Warto zapisywać takie chwile bo jednak są one ulotne :(

      Cieszę się, że się cieszysz :D Jestem pewna, że mi się spodobają jak cały blog :)

      Usuń
  2. Cudowny wyjazd i świetna relacja :)
    Informacja, że do Australii nie można wwozić jedzenia zszokowała mnie już wcześniej - będę pamiętać na przyszłość :)
    Też bym wybrała Twixa jako przekąskę :D
    Sydney jest nieziemskie i teraz nie pozostaje mi nic innego jak czekanie na notkę z tamtejszymi sklepami - Quest bary średnio mnie kręcą, ale masła orzechowe bardzo :D
    No i kuchnia też brzmi bardzo ciekawie i jestem pewna, że znalazłabym dla siebie wiele wege przysmaków :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :D Piszę to kolejny raz, ale mam nadzieję, że kiedyś Australię odwiedzisz - klimat bardzo by Ci odpowiadał. No i jest wiele miejsc do zwiedzenia, chodzenia, spacerów - a wiem, że bardzo je lubisz :) No i oczywiście szeroki wybór warzyw, owoców oraz orzechów! Mogłabyś także wypróbować kuchnię azjatycką, która - pomijając owoce morza - w dużej mierze opiera się na warzywach :) Bo typowe australijskie jedzenie to, oprócz pieczywa tostowego :P, grill - typowo mięsny. I hamburger z burakiem :D

      Zapomniałam w notce jeszcze napisać, że także są restrykcje jeśli chodzi o choroby - jeśli się w przeciągu pół roku wymiotowało/miało gorączkę lub gdy przechodziło się gruźlicę, to mogą robić problemy. Chyba że ktoś to zatai ;)

      Usuń
    2. Warzywa, owoce (mango i awokado zwłaszcza) i orzechy mi wystarczą :))
      To póki co pod względem zdrowotnym się kwalifikuję, ale dobrze wiedzieć :D

      Usuń
    3. O tak, mango i awokado gościło mi codziennie :D Miałam w piątek w dniu wylotu na Paddy's market zrobić zapas do Polski i... zapomniałam :( A awokado było takie kremowe - przepyszne!

      Najbardziej mnie rozwaliło oficjalne polskie tłumaczenie takiej karty, którą wypełnia się na pokładzie - jak znajdę, to podeślę Ci linka. Normalnie, tłumacz płakał, jak tłumaczył :D

      Usuń
  3. Aaa,czekałam! :D Tyle wspanialaych miejsc,rzeczy,sklepów...bosko! *.* Mega sie ciesze,ze mogłam to przetaczać i bardzo ci zazdroszczę ;) Ale trochę poczułam sie jakbym sama tam była ;) No i te Cliff bary..bajka :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się relacja podoba! Wierzę, że kiedyś tam zawitasz - z Nowej Zelandii to blisko, aż szkoda nie zahaczyć - choćby na dwa dni! :D

      Usuń
  4. Chciałabym pojechać do Australii i zobaczyć kangura :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że będziesz miała możliwość - ja nawet karmiłam i głaskałam! :)

      Usuń
  5. Welcome back! ^^ Jak pysznie rozpoczynasz relację z podróży do Austalii! Posiłki w czasie podróży brzmią naprawdę apetycznie! Ciekawi mnie jak to jest jeść w samolocie :) Zawsze chciałam zwiedzić luksusowy statek, poczuć się tak dostojnie :D Nie wiedziałam, że spróbowałaś tyle pyszności! Twój wpis można porównać do pisemnej wersji Makłowicza w podróży ;D Może niektóre widoki w China Town nie były zbyt miłe, ale wybrałabym się tam tylko z jednego powodu-by popatrzeć na Azjatów :> (chociaż wiem, że w Australii jest ich sporo, ale sądzę w China Town poczułabym azjatycki klimat) Jak smakowała Ci papaja i gruszki nashi? :)
    Na zdjęciu przedstawiającym Waszą trójkę, widać tę szczerą radość! Najbardziej podoba mi się właśnie to Wasze rodzinne zdjęcie, aż człowiek sam się uśmiecha :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie serwują posiłków w czasie turbulencji, więc jest stabilnie i spokojnie - jak na ziemi :D Jedynie porcje są mniejsze, ale też nie odczuwałam silnego głodu, bo w sumie siedziałam przez większość czasu - więc inaczej wyglądało spalanie takiego jedzonka :D

      Azjatów jest naprawdę sporo i miałabyś na kim oko zawiesić, ale niestety ogromna większość jest... dziwna. Rozpychają się na chodnikach, nie dają przejść, nawet przepraszam nie powiedzą. Lecz nie będę się posługiwać stereotypem, bo to nie wypada :D

      Papaja była smaczna, ale nie na tyle, żebym za nią tęskniła :) Była wyjątkowo słodka i dojrzała, strukturę miała jak mango, ale brak mi w niej było silniejszego aromatu, który by skontrastował z jej słodyczą (nie, nie zasłodziła mnie :D). Gruszki nashi można też kupić w Polsce, ale nigdy ich nie jadłam - jak dla mnie są takie "papierowe" i bez smaku - lekko słodkie, bardzo soczyste, mają chrupki miąższ (lekko grudkowaty jak gruszka, ale chrupiący jak jabłko). Ale znowu - brak w nich było jakiegoś wyrazistego aromatu. Chyba wolę nasze jabłka i gruszki :D To też na pewno kwestia przyzwyczajenia.

      A dziękuję za słowa odnośnie naszej trójki <3 Zdjęcie wydrukowałam i podarowałam mamie w pięknej ramce australijskiej - będzie mamie umilało albo pracę (jeśli zaniesie je i postawi na biurku), albo popołudnia w domu, gdy nikogo z nas nie będzie :)

      Usuń
  6. Powiem ci, że choć Australia mnie kusi i to niesamowicie, to jednak chyba bym się bała tam polecieć. Może to przez mój strach przed wszelakimi robakami i sporą ilością zwierząt. Moje nerwy by tego nie wytrzymało, ale fajnie było zobaczyć kawałek Australii na twoich zdjęciach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy, gdzie byś była :) Na odludziu/w bushu o wiele łatwiej o napotkanie węża czy groźnego pająka. Będąc przez dwa tygodnie w Sydney oraz w mniejszych miasteczkach, nie napotkałam żadnego pająka czy węża - jedynie jaszczurki, które nie są groźne (choć i tak przyprawiały mnie o zawał serca). Troszkę gorzej było z karaluchami (zarówno w Sydney, jak i na Central Coast), ale to już kwestia czystości miejsc, w których się bywa :) A jeśli chodzi o rekiny, to plaże i ocean są regularnie patrolowane przez śmigłowce, dodatkowo są specjalnie wyznaczone kąpieliska (między flagami) i jak tylko pojawi się jakieś zagrożenie, to ratownicy przez megafon to ogłaszają i powinno się wyjść z wody. Chociaż ja i tak się nie kąpałam, bo po prostu było za zimno :)

      Cieszę się, że wpis Ci się podoba :)

      Usuń
  7. Ach, Australia... :) Ciekawe jedzenie serwują w samolocie. Nigdy nie leciałam i nie miałam pojęcia jak to wygląda. Dobrze wiedzieć, czego nie można ze sobą wwozić. Najbardziej zwróciło moją uwagę pyszne jedzenie i mnóstwo sklepów. Widzę tam dużą różnorodność.
    To musiała być niesamowita podróż :) Czekam na kolejny wpis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ponieważ bardzo chronią swój rynek, to większość produktów była mi nieznana - stąd ta różnorodność i zachwyt w sklepie :) Ale trzeba nadal czytać etykiety, bo choć wieeele produktów jest "no fat" lub "low fat" (mają obsesję), to zawiera mnóstwo cukru, który jest gorszy, moim zdaniem, niż te 2% tłuszczu w mleku czy jogurcie :)

      Usuń
  8. Jejku! Sama nie wiem co napisać. Chyba pierwsze, co ciśnie mi się w myślach... Podróż życia! Nie każdy z nas będzie miał okazję kiedykolwiek być w Australii. To tak daleko. Masz wielkie szczęście, że dane Ci tam było pojechać. Pozytywnie Ci zazdroszczę. Tych nowych doświadczeń, obserwacji. Zresztą podróże kształcą.
    Super, że mogłaś się tam wybrać z rodzeństwem. Ja nie wyobrażam sobie podróży sama. Też zawsze czuję się bezpieczniej, pewniej gdy mam kogoś bliskiego przy sobie.
    Sydney z pewnością robi wrażenie. Na mnie zawsze robiło wrażenie na filmach, zdjęciach, pocztówkach. Na żywo to musi być kosmos. A ten widok ze statku jawi się troszkę tak właśnie jak z pocztówek ;)
    Co do jedzonka to o zupie Tom Yum już gdzieś słyszałam (choć wydawało mi się, że nazwa jest trzyczłonowa). Nigdy jej nie jadłam. Super, że miałaś okazję poznać takie smaki.
    No i sławetne China Town... Ach...
    Czekam na kolejne części relacji! :)
    Buźka. Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w 100% z Twoimi słowami - wiele rzeczy dowiedziałam się o florze, faunie, ukształtowaniu terenu, historii, ludziach. Poznałam kulturę, obyczaje, inne kuchnie...
      Moja siostra na co dzień tam mieszka i to ją odwiedzałam z bratem, który był mi podporą, zwłaszcza w samolocie :D Tak się śmieję, ale nie tylko mogłam na nim spać, ale przede wszystkim mnie wspierał, jak przy lądowaniu raz ciśnienie w uszach sprawiało mi okropny ból - aż łzy mi leciały. Jak to brat, narobił też mnie i siostrze stracha, ale wszystko się rozwiązało :)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  9. Zazdroszczę strasznie! Zawsze chciałam zobaczyć Australię, ale panicznie boję się tamtejszych owadów. Tyle się nasłuchałam, że pająki zabijają i takie tam...ale i tak chciałabym tam się znaleźć! I te Clif bary...kiedy one będą stacjonarnie w PL?! :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W mieście nie masz się raczej czego obawiać, choć trzeba uważać i np. sprawdzać obuwie przed włożeniem tam stopy. Ja przez dwa tygodnie nie spotkałam dziko węży i pająków - jedynie jaszczurki i karaluchy. Ale też raczej bywałam w miejscach turystycznych. Poza tym, tak mnie wszystko zachwycało, że przestałam się zastanawiać nad tym, że coś za rogiem chce mnie zabić :p

      Mam nadzieję, że Cliff Bary i QB (oraz inne zdrowe słodycze) pojawią się w Polsce bez problemu stacjonarnie. A w Australii miałabyś taki wybór batonów, że skończyłabyś jak ja - wydając na nie 70% hajsu :DD

      Usuń
  10. Wspaniała podróż :) Siostra mojej mamy przez 10 lat miała narzeczonego z Australii, Polaka,ale mieszkał tam odkąd skończył 10 lat. Pamiętam jak przywoził suszone płaty mięsa aligatora, strusia i inne dziwne rzeczy. A te słodycze-to były jeszcze lata 90,więc jako dziecko byłam zachwycona kolorowymi opakowaniami i smakami ;) Czekam na ciąg dalszy relacji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam takie "smakołyki" - także z kangura - ale stwierdziłam, że chyba to dla mnie za ekstremalne przysmaki :D
      Mam nadzieję, że ciąg dalszy Ci się spodoba :)

      Usuń
  11. Wszystko co jadłaś począwszy już od jedzenia w samolocie brzmiało bardzo apetycznie i szkoda, że nie ma fotek :P To danie z cieciorką musisz koniecznie odtworzyć jak najszybciej i się nim tutaj pochwalić! W ogóle z takich wycieczek to jakoś żarcie interesuje nas najbardziej xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejrzewam też, że te zdjęcia w samolocie nie byłyby zbyt udane - a na początku w Sydney wstydziłam się robić zdjęcia :D Ale kolejne wpisy już będą je zawierały - nawet rodzeństwo robiło z zaangażowaniem zdjęcia swoich potraw (waląc do mnie tekstem: "weź się przesuń, bo mam Twoje cycki w tle" xD)!
      Haha, dlatego też, ze względu na profil bloga, starałam się próbować różnych kuchni :D Zjadłam duuużo sushi, curry i stir fry, ale ich akurat nie mam uwiecznionych (zazwyczaj to była obiadokolacja w domu).

      Usuń
  12. Zazdroszczę takiej przygody! :) O tym wwożeniu słyszałam już wcześniej, że takie mają zasady. Czekam na to cieciorkowe danie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to jesteś świetnie obcykana! Ja nie wiedziałam, dopóki siostra się tam nie wybrała :)

      Mam nadzieję, że niedługo się dyniową cieciorką z Wami podzielę :)

      Usuń
  13. pisz wszystko i jak najwięcej! nie często widzi się relacje z Australii i masz racje- nie każdy może sobie pozwolić na taką podróż ale nie mówię tutaj o statusie społecznym bo nie mam w sumie pojęcia ile kosztuje lot i zakwaterowanie- po prostu ludzie najczęściej wybierają Włochy Hiszpanię czy Grecję a nie kangury;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Właściwie to pomyślę nad wpisem, jak taką podróż zorganizować - chociaż ja akurat nie musiałam martwić się o nocleg :) Ale mój brat zaliczył szpital, więc na dobrą sprawę wszystko oprócz policji, dzikich węży i pająków oraz straży pożarnej mamy zaliczone ;)

      Usuń
  14. Wspaniała wycieczka ! Cieszę się, że podzieliłaś się z nami swoimi przeżyciami :)
    Z niecierpliwością czekam na kolejną część :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podoba - w tym tygodniu kolejna część! :)

      Usuń